czwartek, 10 grudnia 2015

Mała wycieczka do Mietkowa

Hejka! Tym razem chciałabym Wam opowiedzieć o mojej małej wycieczce do Mietkowa... A i przy okazji podkreślam, że małe jest piękne, cudowne i wspaniałe jak ja, więc to, że była to mała wycieczka, nie oznacza, że niefajna.
Przechodząc do rzeczy (choć ja czasem mam tendencje do pisania od rzeczy), w sobotę 5 grudnia nadszedł ten super fajny dzionek. Była ładna pogoda, świeciło słońce, więc pojechaliśmy na obiecaną wycieczkę.. Właściwie to była taka pierwsza moja wycieczka w celach turystyczno-rozrywkowych. Bądź, co bądź w tej poprzedniej podróży to królowały raczej widoki zza szyby autka, no i te, co ewentualnie mi się przyśniły... a i bym zapomniała, jeszcze widoki twarzy nowiutkich ludzi - Rodziców ;)
Mietków jest bardzo niedaleko Wrocławia, a mimo to, taki mały raj moim zdaniem. Chociaż prawdę mówiąc teraz to mnie wszystko ekscytuje, ale tam serio jest ładnie. Moja Mamusia robiła zdjęcia, więc Wam pokażę. Skoro już o niej wspomniałam, to ona zajmuję się fotografią dla ukochanych zwierzątek i ich ludzi - dużo psich fotek możecie zobaczyć na jej stronie Foto Mordka.
Wracając do tematu, już w drodze na miejsce widziałam ciekawe widoki.


Na zdjęciu widać w oddali taka górę o nazwie Ślęża. Ta góra znajduje się w Sobótce i mam obiecane, że tam pojadę i na nią wejdę. No pewnie, że wejdę! Tylko na razie muszę jeszcze urosnąć, co by moi Rodzice mnie nieść nie musieli. Wiadomo, że jak wejdę sama, będę miała większą satysfakcję i nawet będę taka trochę dumna z siebie.


Po drodze przystanęliśmy, żebym mogła się napić. Przy tej kwestii warto wspomnieć, że na psie wycieczki dobrze jest zabrać praktyczny bidon z miską w jednym, żeby móc wygodnie się napić. W każdym zoologicznym podobno można kupić. Nie wiem o czym myśleli Rodzice wtedy, chyba o niebieskich migdałach, bo przygotowali sobie do wzięcia, ale zapomnieli. Wydaje mi się, że oni za długiej pamięci to nie mają... ale i tak ich kocham. Musieli mnie poić polewając wodę na dłonie.
W każdym razie wtedy widziałam coś takiego...


Jechali sobie po drodze na rowerach. Taka kilkuosobowa grupa. W Mietkowie można trenować triathlon - jest to taki sport, który łączy pływanie, rower i bieganie - takie 3 w 1. Wiem, bo Mamusia mi mówiła, a skoro po drodze do Mietkowa jechali tacy kolarze, to może byli to właśnie ci od tego triathlonu (trudne słowo dla mnie). Mieli mega szybkie rowery, śmignęli i tyle ich widziałam...

I dojechaliśmy zaraz na miejsce... cudownie. Nawet pozwolili mi pobiegać bez smyczy. Wow! to było mega niesamowite. Pamiętajcie, że Wasze psie dzieci, tak jak to dzieci, potrzebują czasem odrobinę luzzuuu... Biegałam tak pierwszy raz w życiu i to po czymś takim fajnym pod łapkami. Było miękkie, sypkie i się troszkę zapadałam w tym, a to był piasek :D


Mówią, że na tym zdjęciu wyglądam, jakbym była nad morzem. Morze jest dużo dalej od Wrocławia i też je zobaczę w przyszłości, ale to nie było morze. Była piaszczysta plaża i dużo wody... woda to Zalew Mietkowski. W nim chyba pływają ci od tego sportu, o którym wspomniałam wcześniej, bo tu są też zawody tego triathlonu. Zawody dla tych co tylko biegają też są. Nawet Mamusia brała udział w biegu mietkowskim. Przebiegła 16 km, a już od 2016 r. ten bieg ma być półmaratonem czyli 21 km z kawałkiem :) Skoro z niej taka biegaczka, to może też kiedyś postanowię z nią biegać. Są takie zawody biegowe dla ludzi z psami, jednak to temat na przyszłość!

Ale tam szalałam...


... szaleństwo mam w oczach :D Biegałam i biegałam, ale oczywiście wokół pewnej osi, bo musiałam pilnować ludzkich Rodziców, w końcu myśląc o tych swoich niebieskich migdałach, mogliby się zamyślić i gdzieś zgubić.


Grzebałam i kopałam w piachu. Tak śmiesznie było go czuć przyklejonego do noska. 
W ogóle muszę podzielić się uwagą, że jak wsadziłam głębiej łapki, to ten piasek był mokry. Nie taki suchy jak na górze. Ach.. tyle odkryć i wrażeń...


No i były ze mną też smaczki, pycha psie smaczki... A na tym zdjęciu próbuję jednego wydrzeć tatusiowi... w końcu prawie zrobiłam to "leżeć", a on twierdził, że "prawie" robi wielką różnicę... Bardzo lubię ćwiczyć sztuczki, ale czasem zapach nagrody powoduje, że zbyt nie mogę się jej doczekać ;)

Po super wybieganiu i wytarzaniu, poszliśmy jeszcze z mostka popatrzeć na zalew i chwilę na nim posiedzieć... ale to była krótka chwila, bo na nim czuło się wiatr dużo bardziej niż na plaży.


Tam na mostku zaczepiła nas jedna pani i mówiła, że jestem śliczna. Fajnie usłyszeć czasem taki miły komplement <3.



Zdjęcia mam albo sama, albo z Tatusiem. Muszę jemu powiedzieć, żeby następnym razem zrobił też jakieś foto Mamusi. Wiem, że nie będzie umiał zrobić takich ładnych jak ona, ale to zawsze super pamiątka takie zdjęcia rodzinne. Bo chyba wiecie, że jak bierzecie do siebie czworonożnego przyjaciela, to staje się członkiem Waszej rodziny, nie zabawką...

Jeszcze ostatni rzut okiem na piękny widok mietkowskiej plaży, po której tak cudownie biegałam. Swoją drogą zastanawiam się jaka jest ta nadmorska plaża, podobno ciągnie się i ciągnie. Jeszcze tyle wrażeń przede mną.

          

W drodze do samochodu Tatuś pokazał mi jeszcze jedną fajną rzecz.


Taka wielka była ta łódka, hmm.. właściwie to nazwała bym ją bardziej łodzią niż łódką. Były też inne, mniejsze, większe... pewnie pływają sobie nimi ludzie po jeziorku, może nawet zabierają ze sobą swoje psiaki. Moi Rodzice na pewno by mnie wzięli ze sobą, tylko nie mają łódki... ale jakby mieli, to by wzięli na 100%.

I cóż, trzeba było powoli wracać do domku. Jeszcze się rozciągnęłam przed powrotną przejażdżką. To moje rozciąganie to był tylko pretekst, żebym mogła podgryźć tego patyka co mi się w oczęta rzucił ;)


Zanim wyruszyliśmy, pozwolili mi usiąść na miejscu dla kierowcy i potrzymać kierownicę.


Nawet fajnie, ale przyznam, że mi by się osobiście nie chciało kierować. Wolę zdecydowanie podziwiać widoki na miejscu pasażera albo słodko spać. A kierownica to sprawdziłaby się w roli gryzaka. Także w drodze powrotnej śniłam o wycieczce do Mietkowa. Śniło mi, że jestem na plaży...




Byłam tam bardzo grzeczna. I nie kłamię, na prawdę byłam, bo po tej wycieczce przyszedł do mnie Mikołaj ;)

5 komentarzy:

  1. Przepiękna wycieczka! Bardzo zazdroszczę widoków :)
    Ja ze swoją kolejną krową również planuję wycieczkowanie, ale takie "sportowe" ;>
    Śliczna maleńka Maggie i świetny pomysł na bloga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sporty też mamy w planach :) przymierzamy się do agility, ale wcześniej psie przedszkole odwiedzimy ;)
      pozdrawiamy

      Usuń
  2. Rozkoszna mała rozrabiaka z tej Maggie. Widzę, że jej rodzice aktywni, to i suczka będzie miała aktywny tryb życia, zresztą już ma. :) Więc mamy coś wspólnego - my z Riffem bardzo dużo chodzimy, jak jest czas na wycieczki, to wyruszamy (ostatnio po lasach za Gdynią i rezerwacie, dwa dni później dzikie, prawdziwe lasy za wsią, która leży niedaleko Trójmiasta i drugi rezerwat), a normalnie to tak dziennie przeciętnie 7-10 km u mnie na przyosiedlowych polach i w lasku robimy. :) Na razie mamy przerwę, bo wczoraj się chłopak rozchorował - zapalenie gardła. :( Więc tylko wycieczki do weta po antybiotyk.
    Pozytywny blog, na pewno będę zaglądać :)

    // www.mad-paws.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieramy aktywność jak najbardziej :) No to szybkiego powrotu do zdrowia koniecznie! Bądź, co bądź, to wycieczki do weta mniej miłe są..

      Usuń
    2. Riff już wykurowany, tylko przez kilka dni mamy nie szaleć, żeby się spokojnie organizm zregenerował do końca. Ja tam lubię naszego weta (znam go od lat, moją poprzednią suczkę leczył), ale Riff już mniej ;)

      Usuń