Kolejna wycieczka już za nami :) 20 grudnia pojechaliśmy kawałek dalej, bo "aż" 75 km od Wrocławia. Naszym celem był wałbrzyski Książ. Rodzice to chyba mają sentyment do tego Wałbrzycha, pewnie mieli jakieś romantyczne wycieczki tam, jak mnie na świecie jeszcze nie było... ale co tam, teraz mają zdecydowanie piękniejsze i weselsze, odkąd pojawiłam się ja. Nie wiem czemu, ale czasem rozbawiam ich do łez... no dobra, faktycznie zdarza mi się być momentami troszkę nieogarniętą, ale tym rządzi się szczenięce życie :D
Droga na miejsce znów przebiegała przez autostradę.
Ponieważ autostrada to taki widok, który potrafi znudzić, to razem z Mamuśką próbowałyśmy po drodze robić sobie selfie. Ona cykała. Tatuś prowadził autko to nie mógł robić z nami, a ona to chyba nigdy wcześniej nie robiła selfie, bo tylko raz w miarę trafiła. Nie wiem, gdzie się uchowała, że nie potrafi, skoro w dzisiejszych czasach, czasach w których przyszłam na ten wspaniały świat, selfie to podstawa. No nic, musimy jeszcze poćwiczyć! ;) Dobrze, że normalne fotki robi ładnie, sami zobaczcie na jej stronie Foto Mordka.
Jazda szybciutko zleciała. Zaparkowaliśmy na takim płatnym parkingu (jednorazowa opłata 8 zł), zaraz niedaleko punktu widokowego. Już nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć, co też za widoki stamtąd można oglądać. Jednak idąc na punkt rozpraszało mnie wiele kuszących patyczków, które odwracały moją uwagę od celu, do którego zmierzaliśmy... No, ale patyczki to taka moja mała miłość. Każdy wezmę, żadnym nie pogardzę <3.
I ten pieniek smakowity. Na nim to znajdowałam moje psie smaczki. Mamusia bardzo chciała mi zrobić zdjęcie, więc żebym współpracowała, razem z Tatusiem przekupywali mnie przysmakami... pycha!
Z punktu widokowego takie obrazki... Widok na zamek Książ. Wielki ten domek. My mieszkamy w zdecydowanie mniejszym mieszkanku, ale kocham je bardzo, jest mi w nim ciepło, przytulnie i czuję się bezpiecznie. W takim wielkim, to można się przecież pogubić.
Na punkcie widokowym wszyscy robią sobie zdjęcie. Tacy jedni tak długo robili, że myślałam, że nasza kolej nigdy nie nadejdzie. Tatuś zrobił mi z Mamusią fotkę, tak jak pisałam ostatnio, że następnym razem musi nam zrobić. Ona niezbyt lubi być na zdjęciach, ale oprócz tego selfie, to dobrze czasem zrobić sobie jakieś ładne ujęcie ze swoim psiakiem!
Postanowiliśmy pójść zobaczyć zamek z bliska. I w drodze mogłam sobie luzem pobiegać. Wspaniale jak zawsze :)
Mimo, że to 20 grudzień był i niby powinna być jakaś zima i jakiś śnieg, to jednak było dużo słońca i liści jak na jesień. Fajowo było się w nich tarzać. Wbiegałam i zbiegałam, robiąc po drodze takie niewinne fikołki, które nie wiem czemu przerażały Rodziców... i turlałam się, tarzałam... A liście tak miło szeleściły i było miękko w nich leżeć. Prawie jak w łóżeczku. Mogłam się w nich zakopać tak, że ledwie było mnie widać.
Na tym serio prawie mnie nie widać ;)
A wracając do zimy i tego śniegu... to ci moi Rodzice, to martwią się, że nigdy w życiu go nie zobaczę, bardziej Mamusia się martwi, ona z tymi swoimi skłonnościami do zamartwiania się i też między innymi panikowania... Śnieg widziałam w święta, ale tylko w telewizorze, jak leciał taki film "Kevin sam w domu" i jeszcze "Kevin sam w Nowym Jorku" (podobno te filmy to taka tradycja w polskiej TV). Jednak dotknąć śniegu się nie dało przez ekran, a na pewno byłoby w nim cudownie się potarzać. Może na tej górze Ślęży, co mam obiecaną ją na wycieczkę, się pojawi w końcu...
A po drodze, jak sobie biegałam, szli jedni ludzie, na których się zagapiłam. Tu właśnie na nich patrzyłam. Miałam dobry punkt, z którego mogłam obczajać.
Ci ludzie pochwalili jaka jestem grzeczna, a jak usłyszeli, że mam dopiero 3 miesiące i 2 tygodnie, to w ogóle się zdziwili. To miłe, kolejna wycieczka, kolejny komplement od obcych. Wiecie, biegam sobie luzem, a jak Rodzice zawołają, to bez zastanowienia przybiegam. Jakbym tego nie robiła, to zapewne nie puszczaliby mnie ze smyczy. Coś za coś... a do tego jak przybiegam, to dostaję często smaczka, nie zawsze, ale często, więc za każdym razem jest szansa. No i jak mnie pogłaskają i powiedzą jaka jestem cudowna, to też miło <3 Jednak muszę się przyznać, że i swoje mam za uszami..., ale no chyba każde szczenię ma...
Wracając do tematu zamku Książ. W okolicy tego zamku jest dużo alejek spacerowych i białych ławek, na których można sobie posiedzieć, lub jak w moim przypadku, poleżeć, gdy się już zmęczy.
Przed samym wejściem do zamku też były. Tak ładnie i tak czysto... nie to co pod naszym blokiem. Co prawda ja się nie skarżę na te śmieci, ale Rodziców to mocno irytują, a już najbardziej się denerwują jak ja chce złapać jednego z tych śmieci. Wtedy słyszę "Fe!", no i z ciężkim sercem zostawiam śmiecia.
Do zamku wejść nie mogliśmy, nawet na dziedziniec. Niestety spotkała mnie dyskryminacja. Dobrze, że Mamusia roweru nie wzięła, też by mu było smutno. A tak mi tylko trochę, ale szybko sobie z tym smutkiem poradziłam.
W końcu i tak na tej wycieczce spotkało mnie dużo więcej przyjemności, niż oglądanie zamku, zwłaszcza tarzanko w liściach :D. Widok z góry na niego był na pewno ładniejszy niż z samego bliska, a i tak coś tam przez bramę widziałam.
Jeszcze jedna fotka koło zamku na ławeczkach. Stąd nikt mnie nie wyganiał.
I poszliśmy dalej. W stronę stajni, bo tu też jest stajnia (Stado Ogierów Książ) i tam są trochę większe ode mnie zwierzątka - konie. Zastanawiałam się jak one wyglądają. Nie mogłam się doczekać, żeby je zobaczyć, więc szybko zapomniałam o tym, że jest mi smutno z powodu tej dyskryminacji.
W drodze widzieliśmy ruiny starego Książa. Widzieliśmy tylko z daleka. Trzeba by długo iść do nich, a my woleliśmy pójść do koni, więc te ruiny to kolejnym razem oglądniemy.
Zanim doszliśmy, musiałam obwąchać inne zakamarki...
Aż tu nagle patrzymy, przed nami wejście do miejsca, gdzie konie mieszkają. No jeszcze pojawiło się pytanie, czy mnie nie zdyskwalifikują do wejścia... Na szczęście tu nie mieli z tym problemu i weszłam sobie pozwiedzać. Ludzie muszą kupić bilety wstępu, a pieski wchodzą za darmo. :)
Jest tam sala, w której stoi dużo takich powozów starych. Te stare powozy koniki musiały ciągnąć kiedyś. Dobrze, że ja nic ciągnąć nie muszę, bo chyba ciężkie to trochę. No..., czasem to ciągnę za zabawki albo skarpetki jak mi Rodzice chcą wydrzeć, ale to raczej inny rodzaj ciągnięcia. Swoją drogą, jak chcą zabrać zabawkę, to są zadowoleni, ale jak już skarpetkę, to nie są zbyt ucieszeni, że ją wzięłam (?)
I było tam dużo siana. Jeszcze więcej niż u nas w domu. Pepa, mój przyszywany braciszek, jest świnką morską i też je siano. Jak czasem mu wypadnie z klatki, to zjadam... Nie jestem w stanie się powstrzymać. Konie jak widać też jedzą i chyba w większych ilościach. Ja to tam jakieś pojedyncze źdźbła dorwę co najwyżej.
W końcu zobaczyłam najważniejsze - konie. Faktycznie duże zwierzątka. Jednego chciałam pogłaskać łapką, ale wtedy trochę się przestraszył i ja jednak też, więc więcej nie próbowałam. Z resztą będę miała jeszcze okazje spotkać konia. Mamusia kiedyś jeździła na Partynicach. To tor wyścigów konnych we Wrocławiu. Ona się tam ścigała na konikach, a Tatuś przychodził jej kibicować. Obiecała mnie tam kiedyś zabrać na spacerek.
Można tu było zrobić sobie takie pamiątkowe foto...
... spokojnie, była też wersja dla chłopczyków ;)
A tak wyglądają stajnie od zewnątrz. Chyba są już zabytkowe, czyli niezbyt młode, ale w sumie mają swój urok.
Nadszedł czas powrotu na parking i w drogę do Wrocławia. Z resztą z parkingu też można było zobaczyć ładny widoczek. Rzuciłam sobie jeszcze okiem ostatni raz.
Wycieczka była zdecydowanie dłuższa od tej poprzedniej do Mietkowa. Obydwie były super i przyniosły dużo wrażeń i mam teraz o czym opowiadać i co wspominać.
Kilka dni później spędziłam swoje pierwsze Święta Bożego Narodzenia. I znów jako grzeczny piesek dostałam prezent, tym razem czekał pod choinką. Ludzie jedli więcej niż zazwyczaj i to jedzenie strasznie mnie korciło, ale musiałam zadowolić się swoim psim jedzonkiem. Też je uwielbiam i pochłaniam w zabójczym tempie. Mniam. Z resztą była z nami też starsza kuzynka Cookie i ona też nie mogła jeść ze stołu, więc było mi raźniej, no i miałam kogo za uszy ciągnąć :D Czasem jak za bardzo rozrabiałyśmy to taki rudy kot, wujaszek Garfield nas do pionu chciał stawiać...niby szeryf się trafił...
Już w sylwestra czeka mnie kolejny mały wyjazd, będę świętować Nowy Rok pierwszy raz. Pozdrowionka dla Was :)









































