poniedziałek, 28 grudnia 2015

Wałbrzyski Książ na czterech łapach

Kolejna wycieczka już za nami :) 20 grudnia pojechaliśmy kawałek dalej, bo "aż" 75 km od Wrocławia. Naszym celem był wałbrzyski Książ. Rodzice to chyba mają sentyment do tego Wałbrzycha, pewnie mieli jakieś romantyczne wycieczki tam, jak mnie na świecie jeszcze nie było... ale co tam, teraz mają zdecydowanie piękniejsze i weselsze, odkąd pojawiłam się ja. Nie wiem czemu, ale czasem rozbawiam ich do łez... no dobra, faktycznie zdarza mi się być momentami troszkę nieogarniętą, ale tym rządzi się szczenięce życie :D 
Droga na miejsce znów przebiegała przez autostradę.  


Ponieważ autostrada to taki widok, który potrafi znudzić, to razem z Mamuśką próbowałyśmy po drodze robić sobie selfie. Ona cykała. Tatuś prowadził autko to nie mógł robić z nami, a ona to chyba nigdy wcześniej nie robiła selfie, bo tylko raz w miarę trafiła. Nie wiem, gdzie się uchowała, że nie potrafi, skoro w dzisiejszych czasach, czasach w których przyszłam na ten wspaniały świat, selfie to podstawa. No nic, musimy jeszcze poćwiczyć! ;) Dobrze, że normalne fotki robi ładnie, sami zobaczcie na jej stronie Foto Mordka.


Jazda szybciutko zleciała. Zaparkowaliśmy na takim płatnym parkingu (jednorazowa opłata 8 zł), zaraz niedaleko punktu widokowego. Już nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć, co też za widoki stamtąd można oglądać. Jednak idąc na punkt rozpraszało mnie wiele kuszących patyczków, które odwracały moją uwagę od celu, do którego zmierzaliśmy... No, ale patyczki to taka moja mała miłość. Każdy wezmę, żadnym nie pogardzę <3. 


I ten pieniek smakowity. Na nim to znajdowałam moje psie smaczki. Mamusia bardzo chciała mi zrobić zdjęcie, więc żebym współpracowała, razem z Tatusiem przekupywali mnie przysmakami... pycha!


Z punktu widokowego takie obrazki... Widok na zamek Książ. Wielki ten domek. My mieszkamy w zdecydowanie mniejszym mieszkanku, ale kocham je bardzo, jest mi w nim ciepło, przytulnie i czuję się bezpiecznie. W takim wielkim, to można się przecież pogubić.


Na punkcie widokowym wszyscy robią sobie zdjęcie. Tacy jedni tak długo robili, że myślałam, że nasza kolej nigdy nie nadejdzie. Tatuś zrobił mi z Mamusią fotkę, tak jak pisałam ostatnio, że następnym razem musi nam zrobić. Ona niezbyt lubi być na zdjęciach, ale oprócz tego selfie, to dobrze czasem zrobić sobie jakieś ładne ujęcie ze swoim psiakiem!



Postanowiliśmy pójść zobaczyć zamek z bliska. I w drodze mogłam sobie luzem pobiegać. Wspaniale jak zawsze :) 


Mimo, że to 20 grudzień był i niby powinna być jakaś zima i jakiś śnieg, to jednak było dużo słońca i liści jak na jesień. Fajowo było się w nich tarzać. Wbiegałam i zbiegałam, robiąc po drodze takie niewinne fikołki, które nie wiem czemu przerażały Rodziców... i turlałam się, tarzałam... A liście tak miło szeleściły i było miękko w nich leżeć. Prawie jak w łóżeczku. Mogłam się w nich zakopać tak, że ledwie było mnie widać. 


Na tym serio prawie mnie nie widać ;) 


A wracając do zimy i tego śniegu... to ci moi Rodzice, to martwią się, że nigdy w życiu go nie zobaczę, bardziej Mamusia się martwi, ona z tymi swoimi skłonnościami do zamartwiania się i też między innymi panikowania... Śnieg widziałam w święta, ale tylko w telewizorze, jak leciał taki film "Kevin sam w domu" i jeszcze "Kevin sam w Nowym Jorku" (podobno te filmy to taka tradycja w polskiej TV). Jednak dotknąć śniegu się nie dało przez ekran, a na pewno byłoby w nim cudownie się potarzać. Może na tej górze Ślęży, co mam obiecaną ją na wycieczkę, się pojawi w końcu...

A po drodze, jak sobie biegałam, szli jedni ludzie, na których się zagapiłam. Tu właśnie na nich patrzyłam. Miałam dobry punkt, z którego mogłam obczajać. 


Ci ludzie pochwalili jaka jestem grzeczna, a jak usłyszeli, że mam dopiero 3 miesiące i 2 tygodnie, to w ogóle się zdziwili. To miłe, kolejna wycieczka, kolejny komplement od obcych. Wiecie, biegam sobie luzem, a jak Rodzice zawołają, to bez zastanowienia przybiegam. Jakbym tego nie robiła, to zapewne nie puszczaliby mnie ze smyczy. Coś za coś... a do tego jak przybiegam, to dostaję często smaczka, nie zawsze, ale często, więc za każdym razem jest szansa. No i jak mnie pogłaskają i powiedzą jaka jestem cudowna, to też miło <3 Jednak muszę się przyznać, że i swoje mam za uszami..., ale no chyba każde szczenię ma...

Wracając do tematu zamku Książ. W okolicy tego zamku jest dużo alejek spacerowych i białych ławek, na których można sobie posiedzieć, lub jak w moim przypadku, poleżeć, gdy się już zmęczy.


Przed samym wejściem do zamku też były. Tak ładnie i tak czysto... nie to co pod naszym blokiem. Co prawda ja się nie skarżę na te śmieci, ale Rodziców to mocno irytują, a już najbardziej się denerwują jak ja chce złapać jednego z tych śmieci. Wtedy słyszę "Fe!", no i z ciężkim sercem zostawiam śmiecia.


Do zamku wejść nie mogliśmy, nawet na dziedziniec. Niestety spotkała mnie dyskryminacja. Dobrze, że Mamusia roweru nie wzięła, też by mu było smutno. A tak mi tylko trochę, ale szybko sobie z tym smutkiem poradziłam. 


W końcu i tak na tej wycieczce spotkało mnie dużo więcej przyjemności, niż oglądanie zamku, zwłaszcza tarzanko w liściach :D. Widok z góry na niego był na pewno ładniejszy niż z samego bliska, a i tak coś tam przez bramę widziałam.

Jeszcze jedna fotka koło zamku na ławeczkach. Stąd nikt mnie nie wyganiał. 


I poszliśmy dalej. W stronę stajni, bo tu też jest stajnia (Stado Ogierów Książ) i tam są trochę większe ode mnie zwierzątka - konie. Zastanawiałam się jak one wyglądają. Nie mogłam się doczekać, żeby je zobaczyć, więc szybko zapomniałam o tym, że jest mi smutno z powodu tej dyskryminacji. 
W drodze widzieliśmy ruiny starego Książa. Widzieliśmy tylko z daleka. Trzeba by długo iść do nich, a my woleliśmy pójść do koni, więc te ruiny to kolejnym razem oglądniemy.


Zanim doszliśmy, musiałam obwąchać inne zakamarki...



Aż tu nagle patrzymy, przed nami wejście do miejsca, gdzie konie mieszkają. No jeszcze pojawiło się pytanie, czy mnie nie zdyskwalifikują do wejścia... Na szczęście tu nie mieli z tym problemu i weszłam sobie pozwiedzać. Ludzie muszą kupić bilety wstępu, a pieski wchodzą za darmo. :)


Jest tam sala, w której stoi dużo takich powozów starych. Te stare powozy koniki musiały ciągnąć kiedyś. Dobrze, że ja nic ciągnąć nie muszę, bo chyba ciężkie to trochę. No..., czasem to ciągnę za zabawki albo skarpetki jak mi Rodzice chcą wydrzeć, ale to raczej inny rodzaj ciągnięcia. Swoją drogą, jak chcą zabrać zabawkę, to są zadowoleni, ale jak już skarpetkę, to nie są zbyt ucieszeni, że ją wzięłam (?) 


I było tam dużo siana. Jeszcze więcej niż u nas w domu. Pepa, mój przyszywany braciszek, jest świnką morską i też je siano. Jak czasem mu wypadnie z klatki, to zjadam... Nie jestem w stanie się powstrzymać. Konie jak widać też jedzą i chyba w większych ilościach. Ja to tam jakieś pojedyncze źdźbła dorwę co najwyżej.


W końcu zobaczyłam najważniejsze - konie. Faktycznie duże zwierzątka. Jednego chciałam pogłaskać łapką, ale wtedy trochę się przestraszył i ja jednak też, więc więcej nie próbowałam. Z resztą będę miała jeszcze okazje spotkać konia. Mamusia kiedyś jeździła na Partynicach. To tor wyścigów konnych we Wrocławiu. Ona się tam ścigała na konikach, a Tatuś przychodził jej kibicować. Obiecała mnie tam kiedyś zabrać na spacerek.


Można tu było zrobić sobie takie pamiątkowe foto...


... spokojnie, była też wersja dla chłopczyków ;)

A tak wyglądają stajnie od zewnątrz. Chyba są już zabytkowe, czyli niezbyt młode, ale w sumie mają swój urok.


Nadszedł czas powrotu na parking i w drogę do Wrocławia. Z resztą z parkingu też można było zobaczyć ładny widoczek. Rzuciłam sobie jeszcze okiem ostatni raz. 


Wycieczka była zdecydowanie dłuższa od tej poprzedniej do Mietkowa. Obydwie były super i przyniosły dużo wrażeń i mam teraz o czym opowiadać i co wspominać. 

Kilka dni później spędziłam swoje pierwsze Święta Bożego Narodzenia. I znów jako grzeczny piesek dostałam prezent, tym razem czekał pod choinką. Ludzie jedli więcej niż zazwyczaj i to jedzenie strasznie mnie korciło, ale musiałam zadowolić się swoim psim jedzonkiem. Też je uwielbiam i pochłaniam w zabójczym tempie. Mniam. Z resztą była z nami też starsza kuzynka Cookie i ona też nie mogła jeść ze stołu, więc było mi raźniej, no i miałam kogo za uszy ciągnąć :D Czasem jak za bardzo rozrabiałyśmy to taki rudy kot, wujaszek Garfield nas do pionu chciał stawiać...niby szeryf się trafił...


Już w sylwestra czeka mnie kolejny mały wyjazd, będę świętować Nowy Rok pierwszy raz. Pozdrowionka dla Was :) 

czwartek, 10 grudnia 2015

Mała wycieczka do Mietkowa

Hejka! Tym razem chciałabym Wam opowiedzieć o mojej małej wycieczce do Mietkowa... A i przy okazji podkreślam, że małe jest piękne, cudowne i wspaniałe jak ja, więc to, że była to mała wycieczka, nie oznacza, że niefajna.
Przechodząc do rzeczy (choć ja czasem mam tendencje do pisania od rzeczy), w sobotę 5 grudnia nadszedł ten super fajny dzionek. Była ładna pogoda, świeciło słońce, więc pojechaliśmy na obiecaną wycieczkę.. Właściwie to była taka pierwsza moja wycieczka w celach turystyczno-rozrywkowych. Bądź, co bądź w tej poprzedniej podróży to królowały raczej widoki zza szyby autka, no i te, co ewentualnie mi się przyśniły... a i bym zapomniała, jeszcze widoki twarzy nowiutkich ludzi - Rodziców ;)
Mietków jest bardzo niedaleko Wrocławia, a mimo to, taki mały raj moim zdaniem. Chociaż prawdę mówiąc teraz to mnie wszystko ekscytuje, ale tam serio jest ładnie. Moja Mamusia robiła zdjęcia, więc Wam pokażę. Skoro już o niej wspomniałam, to ona zajmuję się fotografią dla ukochanych zwierzątek i ich ludzi - dużo psich fotek możecie zobaczyć na jej stronie Foto Mordka.
Wracając do tematu, już w drodze na miejsce widziałam ciekawe widoki.


Na zdjęciu widać w oddali taka górę o nazwie Ślęża. Ta góra znajduje się w Sobótce i mam obiecane, że tam pojadę i na nią wejdę. No pewnie, że wejdę! Tylko na razie muszę jeszcze urosnąć, co by moi Rodzice mnie nieść nie musieli. Wiadomo, że jak wejdę sama, będę miała większą satysfakcję i nawet będę taka trochę dumna z siebie.


Po drodze przystanęliśmy, żebym mogła się napić. Przy tej kwestii warto wspomnieć, że na psie wycieczki dobrze jest zabrać praktyczny bidon z miską w jednym, żeby móc wygodnie się napić. W każdym zoologicznym podobno można kupić. Nie wiem o czym myśleli Rodzice wtedy, chyba o niebieskich migdałach, bo przygotowali sobie do wzięcia, ale zapomnieli. Wydaje mi się, że oni za długiej pamięci to nie mają... ale i tak ich kocham. Musieli mnie poić polewając wodę na dłonie.
W każdym razie wtedy widziałam coś takiego...


Jechali sobie po drodze na rowerach. Taka kilkuosobowa grupa. W Mietkowie można trenować triathlon - jest to taki sport, który łączy pływanie, rower i bieganie - takie 3 w 1. Wiem, bo Mamusia mi mówiła, a skoro po drodze do Mietkowa jechali tacy kolarze, to może byli to właśnie ci od tego triathlonu (trudne słowo dla mnie). Mieli mega szybkie rowery, śmignęli i tyle ich widziałam...

I dojechaliśmy zaraz na miejsce... cudownie. Nawet pozwolili mi pobiegać bez smyczy. Wow! to było mega niesamowite. Pamiętajcie, że Wasze psie dzieci, tak jak to dzieci, potrzebują czasem odrobinę luzzuuu... Biegałam tak pierwszy raz w życiu i to po czymś takim fajnym pod łapkami. Było miękkie, sypkie i się troszkę zapadałam w tym, a to był piasek :D


Mówią, że na tym zdjęciu wyglądam, jakbym była nad morzem. Morze jest dużo dalej od Wrocławia i też je zobaczę w przyszłości, ale to nie było morze. Była piaszczysta plaża i dużo wody... woda to Zalew Mietkowski. W nim chyba pływają ci od tego sportu, o którym wspomniałam wcześniej, bo tu są też zawody tego triathlonu. Zawody dla tych co tylko biegają też są. Nawet Mamusia brała udział w biegu mietkowskim. Przebiegła 16 km, a już od 2016 r. ten bieg ma być półmaratonem czyli 21 km z kawałkiem :) Skoro z niej taka biegaczka, to może też kiedyś postanowię z nią biegać. Są takie zawody biegowe dla ludzi z psami, jednak to temat na przyszłość!

Ale tam szalałam...


... szaleństwo mam w oczach :D Biegałam i biegałam, ale oczywiście wokół pewnej osi, bo musiałam pilnować ludzkich Rodziców, w końcu myśląc o tych swoich niebieskich migdałach, mogliby się zamyślić i gdzieś zgubić.


Grzebałam i kopałam w piachu. Tak śmiesznie było go czuć przyklejonego do noska. 
W ogóle muszę podzielić się uwagą, że jak wsadziłam głębiej łapki, to ten piasek był mokry. Nie taki suchy jak na górze. Ach.. tyle odkryć i wrażeń...


No i były ze mną też smaczki, pycha psie smaczki... A na tym zdjęciu próbuję jednego wydrzeć tatusiowi... w końcu prawie zrobiłam to "leżeć", a on twierdził, że "prawie" robi wielką różnicę... Bardzo lubię ćwiczyć sztuczki, ale czasem zapach nagrody powoduje, że zbyt nie mogę się jej doczekać ;)

Po super wybieganiu i wytarzaniu, poszliśmy jeszcze z mostka popatrzeć na zalew i chwilę na nim posiedzieć... ale to była krótka chwila, bo na nim czuło się wiatr dużo bardziej niż na plaży.


Tam na mostku zaczepiła nas jedna pani i mówiła, że jestem śliczna. Fajnie usłyszeć czasem taki miły komplement <3.



Zdjęcia mam albo sama, albo z Tatusiem. Muszę jemu powiedzieć, żeby następnym razem zrobił też jakieś foto Mamusi. Wiem, że nie będzie umiał zrobić takich ładnych jak ona, ale to zawsze super pamiątka takie zdjęcia rodzinne. Bo chyba wiecie, że jak bierzecie do siebie czworonożnego przyjaciela, to staje się członkiem Waszej rodziny, nie zabawką...

Jeszcze ostatni rzut okiem na piękny widok mietkowskiej plaży, po której tak cudownie biegałam. Swoją drogą zastanawiam się jaka jest ta nadmorska plaża, podobno ciągnie się i ciągnie. Jeszcze tyle wrażeń przede mną.

          

W drodze do samochodu Tatuś pokazał mi jeszcze jedną fajną rzecz.


Taka wielka była ta łódka, hmm.. właściwie to nazwała bym ją bardziej łodzią niż łódką. Były też inne, mniejsze, większe... pewnie pływają sobie nimi ludzie po jeziorku, może nawet zabierają ze sobą swoje psiaki. Moi Rodzice na pewno by mnie wzięli ze sobą, tylko nie mają łódki... ale jakby mieli, to by wzięli na 100%.

I cóż, trzeba było powoli wracać do domku. Jeszcze się rozciągnęłam przed powrotną przejażdżką. To moje rozciąganie to był tylko pretekst, żebym mogła podgryźć tego patyka co mi się w oczęta rzucił ;)


Zanim wyruszyliśmy, pozwolili mi usiąść na miejscu dla kierowcy i potrzymać kierownicę.


Nawet fajnie, ale przyznam, że mi by się osobiście nie chciało kierować. Wolę zdecydowanie podziwiać widoki na miejscu pasażera albo słodko spać. A kierownica to sprawdziłaby się w roli gryzaka. Także w drodze powrotnej śniłam o wycieczce do Mietkowa. Śniło mi, że jestem na plaży...




Byłam tam bardzo grzeczna. I nie kłamię, na prawdę byłam, bo po tej wycieczce przyszedł do mnie Mikołaj ;)

piątek, 4 grudnia 2015

Pierwsza podróż w moim szczenięcym życiu

Cześć!
Nazywam się Maggie i jestem pieskiem, a właściwie suczką i jeszcze dzieckiem. Urodziłam się 7 września 2015 r. na wsi w okolicach Buska Zdroju. Byłam najmniejsza z całego mojego rodzeństwa, siostrzyczki i braciszki byli dwa razy większymi kolosami, ale jak to mówią "jeśli małe nie wie, że jest małe, może dokonać wielkich rzeczy" czy jakoś tak... bo w sumie ja wiem, że jestem mała, ale i tak dokonam wielkich rzeczy :) Czyli trzymajmy się tego, że "w małym ciele wielki duch"!
Postanowiłam zostać psią podróżniczką i dzielić się z Wami wrażeniami.
Mam już za sobą pierwszą podróż samochodem. Odbyła się 11 listopada. Byłam jeszcze sobie w starym domku i niczego nie podejrzewałam. Przyjechali po mnie moja nowa Mamusia i Tatuś i stamtąd zabrali, ale nawet mi się spodobali, czułam, że to początek czegoś nowego. Już tego dnia pokonałam samochodem 400 km do Wrocławia. Widziałam za oknem lasy i małe wioski, a także wielką autostradę. Zwiedziłam nawet stację benzynową, a w pewnym momencie słyszałam jak jeździ taki głośny pojazd i troszkę mnie to przeraziło, to był motor i nie spodobał mi się wtedy, jednak nie przeszkodziło mi to w radości z podróży. Oczywiście nie ukrywam, że częściowo spędziłam tą podróż na spaniu na ciepłych kolanach, jednak wiadomo, byłam jeszcze mniejsza niż dziś, kiedy to wspominam i potrzebowałam jeszcze więcej snu. Swoją drogą, nadal potrzebuję go dużo, ale mam coraz więcej energii na dokazywanie i podróżowanie <3. Bo właśnie tamtego dnia poczułam, że to jest to, co chciałabym robić w moim psim życiu, chcę jeździć na wycieczki z ludzkimi Rodzicami.
W międzyczasie odbyłam też "wycieczkę" do pana weterynarza. Mój weterynarz przyjmuje w Rogowie Sobóckim i kawałek się tam jedzie. Piszę to w cudzysłowie, ale wiadomo, była to dość stresująca wizyta, mimo, że dla mojego dobra i myślę, że każdy mnie zrozumie.

W ten weekend planujemy wybrać się na małą wycieczkę z okazji tego, że powolutku rosnę i stopniowo mogę zacząć podróżować.. no na razie będą to drobne przejażdżki i nie za daleko, ale z czasem przerodzą się w wielkie tripy! Już nie mogę się doczekać :D